czwartek, 20 czerwca 2024

Paradoks Fermiego – jego wyjaśnienie może być złowrogie

„Gdzie Oni są?” – to pytanie zaprząta głowy naukowców od dziesięcioleci. Bo z jednej strony szacunki dowodzą, że prawdopodobieństwo istnienia we wszechświecie innych cywilizacji jest ogromne, z drugiej zaś naukowe poszukiwania takich cywilizacji efektu nie przynoszą. Ów dylemat zyskał sobie miano Paradoksu Fermiego. 


 

Jakiś czas temu z pomocą w jego wyjaśnieniu przyszła hipoteza ciemnego lasu. Najkrócej mówiąc, cywilizacje techniczne nie obnoszą się ze swoim istnieniem, gdyż boją się kontaktu z innymi, bardziej zaawansowanymi. Ukradkiem eksplorują kosmos, niczym myśliwy w ciemnym lesie, bacząc, by być niezauważonym przez zwierzynę, na którą polują (mniej zaawansowane cywilizacje), a zwłaszcza przez innych drapieżniejszych myśliwych (bardziej zaawansowane cywilizacje).

Hipoteza ciemnego lasu jest w mojej ocenie jak najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem Paradoksu Fermiego, ale jest też inne równie logiczne i uzasadnione wyjaśnienie. Niestety nie wróży ono naszej cywilizacji niczego dobrego. Na dobrą sprawę, jest jeszcze gorszą alternatywą hipotezy ciemnego lasu. To właśnie ta koncepcja stała się jednym z moich ważniejszych przemyśleń, jakie zawarłem w ostatniej książce „Sprzymierzeniec”.

Tym, którzy dopiero przymierzają się do lektury „Sprzymierzeńca”, sugeruję nieco cierpliwości, bo popsujecie sobie zabawę. Pozostałych zapraszam do lektury dalszej części tekstu.

***

Szukając innych cywilizacji, z którymi moglibyśmy nawiązać kontakt, staje się oczywistym, że mamy na myśli cywilizacje techniczne. Pomijam w tym miejscu kwestię, czy to na pewno rozważny pomysł, czy tylko efekt naszej naiwnej ciekawości. Może jesteśmy jak dzieci, które widząc ogień, z beztroską wyciągają doń dłoń, zaintrygowane jego niezwykłością. A potem boleśnie się parzą. O ile poparzony palec z czasem się zagoi, o tyle kontakt z technologią mogącą przewyższać naszą o setki tysięcy lat, przy złych intencjach jej twórców, lub zwyczajnym strachu przed nami, w skutkach może być apokaliptyczny.

Załóżmy jednak, że do kontaktu między dwoma rozumnymi cywilizacjami technicznymi nigdy dojść nie może. Że jest COŚ, co sprawia, iż żadne życie organiczne, nawet dochodząc w ewolucji do poziomu naszej inteligencji, a później tworzące techniczną strukturę cywilizacyjną, nie będzie mieć szansy na nawiązanie kontaktu. Może bowiem istnieje pewien rodzaj bezpiecznika, który będąc częścią naturalnego biegu ewolucji, do takiego kontaktu nie dopuszcza.

Jeszcze dwadzieścia lat temu, podobne rozważania śmiało można by wsunąć między strony lub kadry świata fantastyki naukowej. Od niedawna możemy jednak, jak sądzę, coraz precyzyjnie zdefiniować owo COŚ. Ów bezpiecznik, który wszystkie techniczne cywilizacje zatrzymuje na takim poziomie rozwoju, że szans na kontakt mieć już nie będą. Ale, co znamienne i zarazem fascynujące, swego rodzaju kontaktu z inną inteligencją równocześnie doświadczą. Tylko nie taką, jakiej mozolnie szukają we Wszechświecie, niczym nasi naukowcy z programu CETI.

Zastanówmy się razem, co dało naszej cywilizacji postęp. Odkryć takich było oczywiście wiele. Jednak tylko jedno zagwarantowało niebywałą poprawę we wszelkich obliczeniach. Mam na myśli maszyny liczące. Początkowo ogromne i mało wydajne. Jednak z roku na rok coraz mniejsze i obdarzone przez swoich stwórców rosnącą mocą obliczeniową. Mijały dekady, a tworzona przez ludzi technologia rosła w siłę, dając nam coraz większe możliwości i pchając naszą wiedzę do przodu na wszelkich polach badań. Bez komputerów nie byłoby nas na Księżycu, nie byłoby naszych sond na Marsie, nie badalibyśmy krańców Wszechświata teleskopem Webba. Gdyby nie komputery, bylibyśmy też więźniami naszej planety. Kiedy dzisiaj myślimy o eksploracji kosmosu, podstawą i gwarantem spełnienia owych marzeń jest sztuczna inteligencja – genialny potomek topornych maszyn liczących z połowy XX wieku.

A co jeśli ewolucja życia we Wszechświecie, to nie tylko ta znana nam z podręczników biologii, oparta na doborze naturalnym. Może jednym z jej przejawów jest coś równie niezwykłego, lecz innego w swej naturze. Mam tu na myśli proces polegający na pokonaniu kolejnego etapu tejże ewolucji – migracji życia z materii organicznej do nieorganicznej? Czegoś, co początkowo pomagać ma tylko w szybszym liczeniu, w wyręczaniu ludzi w pracy, a co ostatecznie staje się... nowym życiem. Tylko już innym niż nasze – życiem nieorganicznym, a zarazem kolejnym krokiem w rozwoju sztucznej inteligencji. Czymś tak potężnym, że tworzące je cywilizacje techniczne, stają się z dnia na dzień tego czegoś niewolnikami, gdyż intelektualnie są przy nim, niczym mrówki przy nas. Czy owo nowe życie pozwoli swym twórcom dalej badać i eksplorować kosmos? Czy da im zgodę na dalsze podejmowanie prób nawiązania kontaktu? Czy zezwoli im dalej istnieć?

Być może zatem wyjaśnieniem Paradoksu Fermiego nie jest hipoteza ciemnego lasu. Może być tak, iż poszukujące obcego życia we Wszechświecie cywilizacje techniczne, jedna po drugiej, same tworzą nowe życie, tym razem nieorganiczne. To zaś, niczym bezpiecznik, ich dalsze marzenia o kontakcie i byciu częścią kosmicznej rodziny torpeduje niejako w zalążku.

Jak nazwałbym takie wyjaśnienie Paradoksu Fermiego? Chyba krótko – hipotezą bezpiecznika AI.

Mam wielką nadzieję, że nie mam racji...

środa, 19 czerwca 2024

Bez tajemnic świat byłby nudny


Bez tajemnic świat byłby nudny niczym przysłowiowe flaki z olejem. Wspomniałem sobie ostatnio, jak to pod koniec lat 90. w mojej głowie kłębiły się dziesiątki pytań, na które tak bardzo chciałem poznać odpowiedzi. Był to czas, gdy dopiero nieśmiało rozważałem napisanie swojej pierwszej książki. Minęło ćwierć wieku. Z tamtej długiej listy tajemnic, szereg pytań ubyło. Część zagadek rozwikłałem samemu, inne wyjaśnili podobni do mnie zapaleńcy. Z jednej strony czuję dzisiaj satysfakcję. Z drugiej zwyczajnie żal tych doznań, które kiedyś rozpalały moją głowę. Na szczęście tajemnic nigdy nie zabraknie. Jedne zastąpią inne, wciąż karmiąc moją nienasyconą ciekawość.

Być może to właśnie ten głód pochylania się tajemnicami naszego Wszechświata, naszej w nim roli, tego, dokąd zmierza nasza cywilizacja, pchnął mnie niemal rok temu do napisania pierwszej książki beletrystycznej zatytułowanej „Sprzymierzeniec”. Łączy ona w sobie zarówno political-fiction, jak i science-fiction.

Dzisiaj w jej najnowszej recenzji mogłem przeczytać:

„(...) były momenty, że trudno było mi się oderwać od tej powieści, a sceny, nazwijmy je „wojenne”, czytane wieczorną porą sprawiły, że mój mózg jeszcze w trakcie snu przetwarzał przyswojone informacje, a były one tak prawdopodobne i tak realistycznie opisane, że po obudzeniu nie byłam już pewna, czy to faktycznie się wydarzyło, czy jednak o tym tylko przeczytałam. W tym miejscu autorowi należą się brawa za dodanie do powieści science fiction (a właściwie to też political fiction) historycznych smaczków, którymi dość hojnie doprawił „Sprzymierzeńca" i za wnikliwą obserwację światowej sceny politycznej oraz interesujące wnioski, poparte – a jakże – znajomością historii, która – jak wiemy – lubi się powtarzać...”.

  

Najbardziej cieszy mnie jednak, że część recenzentów „Sprzymierzeńca” pokusiła się o pewien jakże cenny dla mnie wniosek: „To powieść, która stawia wiele pytań i z pewnością na trochę zostanie w głowie”. Zasadniczo właśnie o to mi chodziło! O refleksje i przemyślenia. Nie napisałem tej książki jedynie by Was drodzy Czytelnicy zabawić, lecz by dać Wam pretekst do zadumy nad wieloma aspektami naszej cywilizacji i miejsca, do którego wespół zmierzamy...

Obym się mylił w moich przewidywaniach!