wtorek, 22 kwietnia 2025

O czym byłby film Kaspra Bajona „Projekt UFO”, gdybym nie napisał swojej książki o Emilcinie?


Oglądanie filmu, który bez twojej książki wyglądałby zupełnie inaczej... bezcenne! 

Okładka wydanej w 2013 roku mojej książki opisującej drugie dno zdarzenia w Emilcinie (a także Przyrownicy i Golinie)

 

Takie właśnie odczucia towarzyszyły mi, gdy śledziłem losy bohaterów nowego filmu Kaspra Bajona „Projekt UFO”. Bo jak trafnie ujął to jeden z recenzentów na Filmwebie: „Serial opiera się w głównej mierze na wyjaśnieniu lądowania w Emilcinie zaproponowanym przez Bartosza Rdułtowskiego w jego książce >Tajne operacje. PRL i UFO<”.

Wyobraźmy sobie zatem na moment, że film „Projekt UFO” powstaje przed 2013 rokiem. Czyli zanim zaprezentowałem Czytelnikom efekty mojego wielomiesięcznego śledztwa w sprawie Emilcina.

Bez dwóch zdań film Kaspra Bajona wyglądałby wówczas zupełnie inaczej.

Czego konkretnie nie zobaczylibyśmy wówczas w „Projekcie UFO”? 


UWAGA SPOJLERY!

– Zacznijmy od początku, czyli jednej z głównych postaci, jaka pojawia się w filmie – Zbigniewa Sokolika. Wciela się on w lubelskiego pasjonata UFO – Witolda Wawrzonka. Przez całe lata Wawrzonek był w kontekście zdarzenia w Emilcinie postrzegany jako drugo- a może i trzeciorzędna postać. O tym, jak bardzo istotną, wręcz kluczową, rolę odegrał w całej tej historii, dowiedziano się dopiero z mojej książki. Nie mam wątpliwości, że przed 2013 rokiem Zbigniew Sokolik (Wawrzonek) mógłby jedynie mignąć w jakimś pojedynczym epizodzie. I tyle...

Kadr z filmu „Projekt UFO”. 

Widać na nim Zbigniewa Sokolika, który gra postać Witolda Wawrzonka z Lublina

 

– Na pewno nie zobaczylibyśmy również wątku ośmieszenia Zbigniewa Sokolika przez Jana Polgara podczas kręcenia programu telewizyjnego. Warto tu zaznaczyć, że Jan Polgar to w rzeczywistości łódzki ufolog, Zbigniew Blania-Bolnar. Do incydentu z ich udziałem w TV doszło 18 kwietnia 1978 roku, czyli trzy tygodnie przed zdarzeniem w Emilcinie. Jego potwierdzeniem są informacje, na jakie natrafiłem, stając się posiadaczem archiwum Zbigniewa Blani. W nim to, w oddzielnej teczce, Blania przechowywał całą korespondencję prowadzoną z Witoldem Wawrzonkiem! Znamienne, prawda? Epizod telewizyjny był wcześniej zupełnie nieznany. Tymczasem, jak opisałem to w książce i jak ukazano to później w filmie „Projekt UFO”, stanowił klucz do zrozumienia emilcińskiej zagadki. Co warte podkreślenia, nie chodziło w nim o sfałszowane zdjęcie. Blania zaprosił do programu hipnotyzera, Lecha Emfazego Stefańskiego, i ten zahipnotyzował Witolda Wawrzonka. Podczas owej hipnozy wszczepiono mu fałszywe wspomnienia dotyczące rzekomego UFO-zdarzenia. Jak opowiadała mi w 2013 roku Helena Wawrzonek, jej mąż „był z tego powodu bardzo niezadowolony”. 

 

Kadr z filmu „Projekt UFO”. 

Widać na nim Jana Polgara, który gra postać łódzkiego ufologa – Zbigniewa Blani-Bolnara

 

– Kolejna istotna kwestia opisana dopiero w mojej książce, a ostatnio ukazana w filmie Kaspra Bajona, to szeroko pojęte konsekwencje wspomnianego zdarzenia w telewizji. W tym, stanowiący trzon filmu, konflikt między Zbigniewem Sokolikiem a Janem Polgarem (czyli Wawrzonkiem a Blanią). Jest to fakt niezwykle ważny dla zrozumienia prawdziwej natury incydentu w Emilcinie. W toku śledztwa uznałem, że to właśnie ten konflikt leżał u podstaw mistyfikacji emilcińskiej. Tak też po latach ukazał to w filmie Bajon. 

Kadr z filmu „Projekt UFO”. 

Napięte stosunki między Sokolikiem (Wawrzonkiem) a Polgarem (Blanią-Bolnarem) 

 

– Konsekwencją zajścia z 18 kwietnia 1978 roku była decyzja Zbigniewa Sokolika o zemszczeniu się na Janie Polgarze za ośmieszenie go w programie. To właśnie chęć Witolda Wawrzonka, by odegrać się na Zbigniewie Blani za zniewagę podczas kręcenia programu, stała się podstawą mojej hipotezy wyjaśniającej zajścia w Emilcinie. Fakt ten jest w filmie „Projekt UFO” przedstawiony niezwykle dobitnie.

– W filmie ukazany jest również kolejny, jakże ważny szczegół, jaki odkryłem podczas mojego śledztwa. Chodzi o znajomości Witolda Wawrzonka (Sokolika) z synem Jana Wolskiego (Stefanem Kunikiem). Fakt, że Witold Wawrzonek znał w czasach przed zdarzeniem w Emilcinie syna głównego świadka, wiele wyjaśnia. Gdy zapytałem Helenę Warzonek o to, że jej mąż raczej się nie przyznawał nikomu, że znał przed Emilcinem syna Wolskiego, usłyszałem: „Tak. On na ten temat nic nikomu nie mówił. Nawet panu Blani”. Fakty te, co podkreśliłem w książce, dawały logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy całej mistyfikacji. Taki też ciąg zdarzeń ukazano w filmie „Projekt UFO”.

Witold Wawrzonek (po lewej), Jan Wolski (w środku) i Józef Wolski (po prawej) 

[archiwum Krzysztofa Drozda] 

 

– Wątku o liście, jaki Zbigniew Sokolik (podszywając się pod Helenę Podgórską) wysłał do kochanki Jana Polgara, by zainteresować go rzekomym lądowaniem UFO, również byście nie zobaczyli. W rzeczywistości historia ta wyglądała nieco inaczej, ale okoliczność wysłania przez Witolda Wawrzonka fałszywego listu, w którym podszywa się on pod fikcyjną osobę (Elżbietę Obłońską) do redakcji „Kuriera Polskiego”, jest faktem, który potwierdziłem w toku śledztwa. W zdobytej przeze mnie korespondencji Witold Wawrzonek chwali się dokonaniem tej mistyfikacji jednej z dziennikarek. 

Kadr z filmu „Projekt UFO”. Jan Polgar (Zbigniew Blania-Bolnar) czyta sfałszowany przez Zbigniewa Sokolika (Witolda Wawrzonka) list, mający zainteresować go rzekomym spotkaniem z UFO 

 

– Nie byłoby też w filmie promowanej przez Zbigniewa Sokolika hipotezy o tak zwanym USO – czyli Niezidentyfikowanych Obiektach Podwodnych. Podobnie jak sam Witold Wawrzonek także i jego nieliczne artykuły i wysyłane do prasy listy dotyczące owej hipotezy już w latach 90. obrosły w kurz. Prowadząc na potrzeby śledztwa bardzo długą kwerendę, jednak na nie natrafiłem. W tym, na opublikowany w lokalnej „Kamenie” 18 lutego 1979 roku artykuł Wawrzonka pt. „UFO z wody”. 

List Witolda Wawrzonka na temat Emilcina i USO opublikowany 

w „Przeglądzie Technicznym Innowacje” 29 października 1978 roku [archiwum Bartosza Rdułtowskiego]

 

Artykuł Witolda Wawrzonka pt. UFO z wody opublikowany 

w „Kamenie” 18 lutego 1979 roku [archiwum Bartosza Rdułtowskiego]

 

– Jeżdżącego wszędzie na rowerze Zbigniewa Sokolika, także w filmie by nie było. O tym, że był to ulubiony środek lokomocji Witolda Wawrzonka, opowiedziała mi wdowa po nim – Helena Wawrzonek. Jak mówiła mi w 2013 roku, Witold Wawrzonek jeszcze przed zdarzeniami w Emilcinie jeździł na rowerze na długie wycieczki, między innymi do Emilcina, gdzie mieszkał znany mu syn Jana Wolskiego! 

Kadr z filmu „Projekt UFO”. Zbigniew Sokolik (Witold Wawrzonek) 

rusza na swoją kolejną rowerową wyprawę

 

– Przechodząc do kwestii dla mnie najważniejszej – w filmie nie usłyszelibyśmy również znamiennych słów Zbigniewa Sokolika, który złowieszczo informuje Jana Polgara w kontekście kontaktu Kunika z UFO: „Po prawdzie, to nikt nie wie, jaka była moja rola…”. A rola odegrana przez Witolda Wawrzonka w emilcińskiej zagadce została przez Kaspra Bajona ukazana właśnie tak, jak w 2013 roku opisałem to w swoim śledztwie. To właśnie Zbigniew Sokolik (Witold Wawrzonek) stał za mistyfikacją.

– A jak tego dokonał? Na końcu książki zaproponowałem swoją hipotezę tłumaczącą całe zajście w Emilcinie. Kluczową rolę odgrywała w niej hipnoza. Moim zdaniem tłumaczyła wszystkie zagadkowe fragmenty mistyfikacji, na czele z tym, że Wolski był przekonany co do prawdziwości swoich przeżyć. Dokładnie taki sam scenariusz zaprezentowany został w „Projekcie UFO”. 

Kadr z filmu „Projekt UFO”. Motyw hipnozy od początku towarzyszy widzom filmu Kaspra Bajona.

 

O czym zatem byłby „Projekt UFO”, gdyby nakręcono go przed moim śledztwem i ukazaniem się książki „Tajne operacje. PRL i UFO”? Na pewno nie o rywalizacji dwóch pasjonatów UFO, publicznym ośmieszeniu jednego przez drugiego, decyzji o zemście oraz o hipnozie rzekomego świadka UFO. W sumie, to nie wiem o czym mógłby być.

 



 

wtorek, 2 lipca 2024

Dzisiaj Światowy dzień UFO

 


Czy UFO to największa zagadka ludzkości? Dlaczego mimo tylu negatywnych opinii naukowców wciąż tak o niej głośno? Jak wyjaśnić tysiące zagadkowych doniesień, rokrocznie potwierdzających w opinii ich świadków, manifestację CZEGOŚ nam obcego? Czy obserwacje UFO, od niedawna przechrzczonego na UAP – czyli „niezidentyfikowane zjawiska powietrzne” – pozostają w sprzeczności z Paradoksem Fermiego?

To tylko namiastka fascynujących pytań, jakie w debacie na temat UFO można postawić.

Dla mnie owa zagadka była początkiem największej życiowej przygody. To ona wyzwoliła we mnie niekończący się głód zadawania pytań i szukania satysfakcjonujących odpowiedzi.

„Czy wierzysz w UFO?” – ileż razy słyszałem to pytanie. Zawsze też odpowiedź zaczynałem od prostego stwierdzenia, iż to nie kwestia wiary. Wtedy najczęściej na twarzy pytającego obserwowałem konsternację. „Wierzący” głowili się, dlaczego mam inne zdanie. Dla niedowiarków sam fakt, że w odpowiedzi nie padło krótkie „nie”, był równie niepokojący. A przecież podstawą w tym pytaniu jest zrozumienie czy mamy na myśli kolokwialne znaczenie terminu UFO, czyli kosmitów, czy też jako taką grupę obserwacji zjawisk/obiektów niemożliwych do zidentyfikowania. Jeśli mowa o tym drugim wariancie, to wiara jest zbyteczna, podobnie, jak negowanie tego typu raportów.

W swojej pogoni za zagadką UFO przemierzyłem wiele lądów. Na jednym z nich starałem się dać sobie samemu odpowiedź na pytanie, czy za UFO kryją się tajne wojskowe projekty? Tak powstała moja pierwsza książka „Z archiwum tajnych technologii lotniczych”, a później „Zapomniana tajemnica Strefy 51”. Na innym lądzie rozważałem kwestię, czy powojenne doniesienia o UFO miały związek z przejętymi po drugiej wojnie światowej tajnymi technologiami Trzeciej Rzeszy? Zacząłem od „Syndromu V7”, potem przyszedł czas na trzytomowy „Ostatni sekret Wunderwaffe”, by ostatecznie rozpocząć pracę nad sześciotomowym „Kryptonimem V7”. Byłem też na wyspie o muzycznie brzmiącej nazwie „Foo Fighters”, na której starałem się rozwikłać jakże ciekawą zagadkę doniesień, które niejako poprzedziły powojenne raporty o UFO. Mowa oczywiście o zagadkowych kulach światła widywanych przez pilotów podczas drugiej wojny światowej. Tu zacząłem od książki „Foo Fighters – tajna broń Trzeciej Rzeszy?”, a skończyłem na „Niewyjaśnionych raportach lotników”. Najciekawszą jednak była moja wyprawa do ufologicznej Amazonii, gdzie w gąszczu ludzkich intryg badałem najsłynniejszy polski przypadek lądowania UFO – czyli zdarzenie w Emilcinie. Efektem owej eskapady była zarówno książka „Tajne operacje. PRL i UFO”, jak i trwająca do dzisiaj pogoń za mną wielu jadowitych gadów, które przed moim przybyciem na owe dzikie tereny czuły się tam nietykalne. Odbyłem też jeszcze jedną wyprawę, na urodzajne tereny fantastyki naukowej. Tam do zagadki UFO mogłem ustosunkować się mniej zobowiązująco, a do tego w zupełnie innym, szerszym i ciekawszym kontekście.  Tak powstała moja powieść „Sprzymierzeniec”.






Co myślę obecnie o zagadce UFO? Nie znalazłem jednego wyjaśnienia. Za uzasadnione uznaję podejrzenie, że ludzkość w swym rozbudzonym podbojem kosmosu apetycie chce poczuć się częścią czegoś większego – jakiejś kosmicznej społeczności. A gdy marzenia są silne, to interpretacja wielu niewiadomych zaczyna być tendencyjna. Logika, przynajmniej moja, nie wyklucza też możliwości, że jakieś starsze o tysiące czy miliony lat od nas cywilizacje, podobnie jak my, ciekawe są postaci innego życia. To zaś pcha je do eksploracji innych planet. Bo czemu i nie. A gdzie w tym wszystkim nasza ludzka technologia? Tu wątpliwości nie mam żadnych. Od zarania doniesień o UFO, to właśnie ona odgrywała kluczową rolę w stymulowaniu całej tej zagadki. Zwłaszcza ta tajna, wojskowa...

A co myślą o tym ONI? Czy wyjaśnieniem Paradoksu Fermiego jest zabawny nadruk na mojej koszulce? W swej ludzkiej arogancji będzie to zapewne ostatnie wyjaśnienie, jakie przełkniemy, nie dławiąc się wynikającym z niego wnioskiem :-)

czwartek, 20 czerwca 2024

Paradoks Fermiego – jego wyjaśnienie może być złowrogie

„Gdzie Oni są?” – to pytanie zaprząta głowy naukowców od dziesięcioleci. Bo z jednej strony szacunki dowodzą, że prawdopodobieństwo istnienia we wszechświecie innych cywilizacji jest ogromne, z drugiej zaś naukowe poszukiwania takich cywilizacji efektu nie przynoszą. Ów dylemat zyskał sobie miano Paradoksu Fermiego. 


 

Jakiś czas temu z pomocą w jego wyjaśnieniu przyszła hipoteza ciemnego lasu. Najkrócej mówiąc, cywilizacje techniczne nie obnoszą się ze swoim istnieniem, gdyż boją się kontaktu z innymi, bardziej zaawansowanymi. Ukradkiem eksplorują kosmos, niczym myśliwy w ciemnym lesie, bacząc, by być niezauważonym przez zwierzynę, na którą polują (mniej zaawansowane cywilizacje), a zwłaszcza przez innych drapieżniejszych myśliwych (bardziej zaawansowane cywilizacje).

Hipoteza ciemnego lasu jest w mojej ocenie jak najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem Paradoksu Fermiego, ale jest też inne równie logiczne i uzasadnione wyjaśnienie. Niestety nie wróży ono naszej cywilizacji niczego dobrego. Na dobrą sprawę, jest jeszcze gorszą alternatywą hipotezy ciemnego lasu. To właśnie ta koncepcja stała się jednym z moich ważniejszych przemyśleń, jakie zawarłem w ostatniej książce „Sprzymierzeniec”.

Tym, którzy dopiero przymierzają się do lektury „Sprzymierzeńca”, sugeruję nieco cierpliwości, bo popsujecie sobie zabawę. Pozostałych zapraszam do lektury dalszej części tekstu.

***

Szukając innych cywilizacji, z którymi moglibyśmy nawiązać kontakt, staje się oczywistym, że mamy na myśli cywilizacje techniczne. Pomijam w tym miejscu kwestię, czy to na pewno rozważny pomysł, czy tylko efekt naszej naiwnej ciekawości. Może jesteśmy jak dzieci, które widząc ogień, z beztroską wyciągają doń dłoń, zaintrygowane jego niezwykłością. A potem boleśnie się parzą. O ile poparzony palec z czasem się zagoi, o tyle kontakt z technologią mogącą przewyższać naszą o setki tysięcy lat, przy złych intencjach jej twórców, lub zwyczajnym strachu przed nami, w skutkach może być apokaliptyczny.

Załóżmy jednak, że do kontaktu między dwoma rozumnymi cywilizacjami technicznymi nigdy dojść nie może. Że jest COŚ, co sprawia, iż żadne życie organiczne, nawet dochodząc w ewolucji do poziomu naszej inteligencji, a później tworzące techniczną strukturę cywilizacyjną, nie będzie mieć szansy na nawiązanie kontaktu. Może bowiem istnieje pewien rodzaj bezpiecznika, który będąc częścią naturalnego biegu ewolucji, do takiego kontaktu nie dopuszcza.

Jeszcze dwadzieścia lat temu, podobne rozważania śmiało można by wsunąć między strony lub kadry świata fantastyki naukowej. Od niedawna możemy jednak, jak sądzę, coraz precyzyjnie zdefiniować owo COŚ. Ów bezpiecznik, który wszystkie techniczne cywilizacje zatrzymuje na takim poziomie rozwoju, że szans na kontakt mieć już nie będą. Ale, co znamienne i zarazem fascynujące, swego rodzaju kontaktu z inną inteligencją równocześnie doświadczą. Tylko nie taką, jakiej mozolnie szukają we Wszechświecie, niczym nasi naukowcy z programu CETI.

Zastanówmy się razem, co dało naszej cywilizacji postęp. Odkryć takich było oczywiście wiele. Jednak tylko jedno zagwarantowało niebywałą poprawę we wszelkich obliczeniach. Mam na myśli maszyny liczące. Początkowo ogromne i mało wydajne. Jednak z roku na rok coraz mniejsze i obdarzone przez swoich stwórców rosnącą mocą obliczeniową. Mijały dekady, a tworzona przez ludzi technologia rosła w siłę, dając nam coraz większe możliwości i pchając naszą wiedzę do przodu na wszelkich polach badań. Bez komputerów nie byłoby nas na Księżycu, nie byłoby naszych sond na Marsie, nie badalibyśmy krańców Wszechświata teleskopem Webba. Gdyby nie komputery, bylibyśmy też więźniami naszej planety. Kiedy dzisiaj myślimy o eksploracji kosmosu, podstawą i gwarantem spełnienia owych marzeń jest sztuczna inteligencja – genialny potomek topornych maszyn liczących z połowy XX wieku.

A co jeśli ewolucja życia we Wszechświecie, to nie tylko ta znana nam z podręczników biologii, oparta na doborze naturalnym. Może jednym z jej przejawów jest coś równie niezwykłego, lecz innego w swej naturze. Mam tu na myśli proces polegający na pokonaniu kolejnego etapu tejże ewolucji – migracji życia z materii organicznej do nieorganicznej? Czegoś, co początkowo pomagać ma tylko w szybszym liczeniu, w wyręczaniu ludzi w pracy, a co ostatecznie staje się... nowym życiem. Tylko już innym niż nasze – życiem nieorganicznym, a zarazem kolejnym krokiem w rozwoju sztucznej inteligencji. Czymś tak potężnym, że tworzące je cywilizacje techniczne, stają się z dnia na dzień tego czegoś niewolnikami, gdyż intelektualnie są przy nim, niczym mrówki przy nas. Czy owo nowe życie pozwoli swym twórcom dalej badać i eksplorować kosmos? Czy da im zgodę na dalsze podejmowanie prób nawiązania kontaktu? Czy zezwoli im dalej istnieć?

Być może zatem wyjaśnieniem Paradoksu Fermiego nie jest hipoteza ciemnego lasu. Może być tak, iż poszukujące obcego życia we Wszechświecie cywilizacje techniczne, jedna po drugiej, same tworzą nowe życie, tym razem nieorganiczne. To zaś, niczym bezpiecznik, ich dalsze marzenia o kontakcie i byciu częścią kosmicznej rodziny torpeduje niejako w zalążku.

Jak nazwałbym takie wyjaśnienie Paradoksu Fermiego? Chyba krótko – hipotezą bezpiecznika AI.

Mam wielką nadzieję, że nie mam racji...

środa, 19 czerwca 2024

Bez tajemnic świat byłby nudny


Bez tajemnic świat byłby nudny niczym przysłowiowe flaki z olejem. Wspomniałem sobie ostatnio, jak to pod koniec lat 90. w mojej głowie kłębiły się dziesiątki pytań, na które tak bardzo chciałem poznać odpowiedzi. Był to czas, gdy dopiero nieśmiało rozważałem napisanie swojej pierwszej książki. Minęło ćwierć wieku. Z tamtej długiej listy tajemnic, szereg pytań ubyło. Część zagadek rozwikłałem samemu, inne wyjaśnili podobni do mnie zapaleńcy. Z jednej strony czuję dzisiaj satysfakcję. Z drugiej zwyczajnie żal tych doznań, które kiedyś rozpalały moją głowę. Na szczęście tajemnic nigdy nie zabraknie. Jedne zastąpią inne, wciąż karmiąc moją nienasyconą ciekawość.

Być może to właśnie ten głód pochylania się tajemnicami naszego Wszechświata, naszej w nim roli, tego, dokąd zmierza nasza cywilizacja, pchnął mnie niemal rok temu do napisania pierwszej książki beletrystycznej zatytułowanej „Sprzymierzeniec”. Łączy ona w sobie zarówno political-fiction, jak i science-fiction.

Dzisiaj w jej najnowszej recenzji mogłem przeczytać:

„(...) były momenty, że trudno było mi się oderwać od tej powieści, a sceny, nazwijmy je „wojenne”, czytane wieczorną porą sprawiły, że mój mózg jeszcze w trakcie snu przetwarzał przyswojone informacje, a były one tak prawdopodobne i tak realistycznie opisane, że po obudzeniu nie byłam już pewna, czy to faktycznie się wydarzyło, czy jednak o tym tylko przeczytałam. W tym miejscu autorowi należą się brawa za dodanie do powieści science fiction (a właściwie to też political fiction) historycznych smaczków, którymi dość hojnie doprawił „Sprzymierzeńca" i za wnikliwą obserwację światowej sceny politycznej oraz interesujące wnioski, poparte – a jakże – znajomością historii, która – jak wiemy – lubi się powtarzać...”.

  

Najbardziej cieszy mnie jednak, że część recenzentów „Sprzymierzeńca” pokusiła się o pewien jakże cenny dla mnie wniosek: „To powieść, która stawia wiele pytań i z pewnością na trochę zostanie w głowie”. Zasadniczo właśnie o to mi chodziło! O refleksje i przemyślenia. Nie napisałem tej książki jedynie by Was drodzy Czytelnicy zabawić, lecz by dać Wam pretekst do zadumy nad wieloma aspektami naszej cywilizacji i miejsca, do którego wespół zmierzamy...

Obym się mylił w moich przewidywaniach!

środa, 29 maja 2024

O zagadkach „Riese” z członkami Regionalnego Koła Historycznego „Zadora”

Odtwarzanie historii to trudne zadanie. Przez wiele lat udało mi się spotkać z wieloma świadkami zarówno wojennych, jak i powojennych wydarzeń związanych w projektemRiese”. Spotkania autorskie to przyjemny moment, gdy mogę dzielić się z Czytelnikami mozolnie zdobywaną wiedzą. Często taką, w której posiadaniu jestem być może tylko ja. Wczoraj skromny rąbek owej wiedzy odkryłem przed członkami Regionalnego Koła Historycznego „Zadora”. Spotkanie odbyło się w Gminnej Bibliotece Publicznej w Kłaju.

Opowiadałem między innymi o tajemniczych wydarzeniach, jakie rozegrały się w 1964 roku, kiedy to polska prasa, jak nigdy wcześniej, publikowała jeden za drugim artykuł i reportaż o „zagadkowych podziemiach Walimia” [„Riese” – kulisy tajnej operacji]. Wyjaśniłem także, dlaczego pod koniec XX wieku w pewnej książce podano, iż w czasie wojny w rejonie zamku Książ widywano „obiekt charakteryzujący się kulistą szklaną kabiną z poruszającym się wokół niej poziomo pierścieniem” [„Tajny zamek Książ – tom 1”]. Wiele miejsca poświęciłem również śledztwu, jakie wraz z Łukaszem Orlickim prowadziliśmy w sprawie ukrytego w podziemiach na Gontowej depozytu [„Zaginiony konwój do Riese”]. Na koniec opowiedziałem o dokumentach z praskiego archiwum – tzw. ostatnim rozkazie dla „Riese”, którego zagadka stała się dla mnie inspiracją do stworzenia zawiłej intrygi w mojej pierwszej książce beletrystycznej „Sprzymierzeniec”. 

Na koniec dodam tylko, że była to moje pierwsze spotkanie autorskie, którego słuchaczami byli moi Synowie: Maks i Jonasz :-)

Oby więcej takich mile spędzonych chwil.







 

poniedziałek, 27 maja 2024

Byłem na Cosmiconie

W minioną sobotę uciekłem ze świata drugowojennych tajemnic do innej krainy pełnej sekretów i znaków zapytania. Gdzie byłem? W Chorzowie. Kilkaset metrów dalej na Stadionie Śląskim Ruch walczył z Cracovią, ja zaś promowałem moją najnowszą książkę – powieść fantastyczno-naukową „Sprzymierzeniec”. Okazja była idealna, gdyż w Planetarium Śląskim odbywał się Cosmicon – Śląski Festiwal Fantastyki.

W wyprawie dzielnie wspierała mnie moja żona – Kasia oraz... synowie Jonasz i Maks. Obu rozpierała duma, gdyż rozdając ulotki „Sprzymierzeńca”, mogli informować wszystkich, że są oto bohaterami owej książki. Ci, którzy są już po lekturze, wiedzą, w czym rzecz. A że szczegóły stanowią fragment rozwijanej w książce zaskakującej akcji, więcej nie zdradzę.









Wyjawię za to, że zwiedzając Planetarium Śląskie, przynajmniej w kilku miejscach zdecydowałem się zrobić fotografię mojej książki z tłem idealnie pasującym do poruszanych w niej tematów. Proste to nie było, bo mury gmachu wciąż przemierzał Lord Vader i dziesiątki innych postaci z Gwiezdnych Wojen. Niektóre bardzo intrygujące...

 



Tak było w sobotę. Dzisiaj na tapecie ponownie tajemnicze podziemia. Jutro na zaproszenie Regionalnego Koła Historycznego „Zadora” wybieram się do Gminnej Biblioteki Publicznej w Kłaju. Tematem przewodnim mojej prelekcji będzie projekt „Riese” i związane z nim tajemnice. Opowiem między innymi o zagadkach, jakie opisałem w takich książkach, jak: „Riese – początek tajemnicy”, „Riese – kulisy tajnej operacji”, „Zaginiony konwój do Riese” (śledztwo prowadzone wraz z Łukaszem Orlickim), czy dwa tomy „Tajnego zamku Książ”. Na koniec nie omieszkam wspomnieć, o pewnej zagadkowej historii dotyczącej „Riese”, która stała się przyczynkiem do zagadki otwierającej moją najnowszą powieść – wspomnianego „Sprzymierzeńca”.


 

środa, 22 maja 2024

Jadę na Cosmicon – czyli Śląski Festiwal Fantastyki

 

Już w najbliższą sobotę zawitam do Chorzowa, gdzie odbędzie się Cosmicon – czyli Śląski Festiwal Fantastyki. Jeszcze rok temu nie przyszłoby mi do głowy, że jako autor wezmę udział w takiej imprezie. Ale skoro w połowie 2023 roku przyszło mi do głowy, aby napisać powieść fantastyczno naukową, to konsekwencja zobowiązuje. 

Już sam program imprezy niezmiernie mnie ekscytuje. Wśród prelekcji będą mianowicie poruszane zagadnienia, które stanowią niezwykle ważne elementy mojej najnowszej książki „Sprzymierzeniec”. Mowa będzie o:

- sztucznej inteligencji i związanych z nią zagrożeniach,

- podróżach w czasie,

- przeszłości i przyszłości naszych kosmicznych sąsiadów.

Oczywiście moje Wydawnictwo Technol będzie miało swoje stoisko, na którym z przyjemnością wpisywać będę do „Sprzymierzeńca” dedykacje.

Impreza odbędzie się na terenie Planetarium Śląskiego.

Do zobaczenia!